Od kiedy festiwal Era Nowe Horyzonty przeniósł się do Wrocławia (czyli od dwóch lat) chronię się przed lipcowymi upałami w salach kinowych, delektując swoje oczy i uszy nieprzeciętnymi filmami. Co roku też zadziwia mnie, że wybierając niemalże losowo seanse w których będę uczestniczył (to znaczy: patrząc na kalendarz i wybierając te ciekawie brzmiące tytuły) nie udało mi się trafić na film słaby, po którym czułbym się okradziony ze swoich kilkunastu złotych.
W tym roku wybór padł na sześć filmów, które pozwolę sobie zupełnie nieprofesjonalnie ocenić, poczynając od najsłabszego (co nie znaczy, że słabego) elementu obranego przeze mnie repertuaru:
- Obcy we mnie — Niemieckie współczesne kino, które pokazuje że... kino zachodnioeuropejskie bardzo wolno idzie naprzód. Choć Obcy we mnie to dobry film, to brak mu elementu życia, ruchu, nieprzewidywalności. Sprawia wrażenie braku jakiejś metafizyki, ludzie w nim mają uczucia, ale film nie bada ich ducha, tylko konfrontuje ich ciągle z rzeczywistością. Kino zachodnioeuropejskie ma się chyba średnio – lub tez ja trafiam na średnie filmy? Przez ostatni rok obejrzałem też Dziecko, które uważam za porażkę z certyfikatem Cannes, nieco lepsze Jabłka Adama, bardzo dobry Karmel oraz najlepszy z nich, opisany poniżej, Persepolis. Niestety żaden z nich nie przebiłby się do ścisłej czołówki niniejszego rankingu. Nie będę odpowiadał czemu, ale nie liczę że w następnym roku obejrzę coś godnego pierwszego miejsca w analogicznym plebiscycie. Taka intuicja.
- Deszcz — Chyba pierwszy nowozelandzki film jaki dane mi było obejrzeć. Odczucia po obejrzeniu ambiwalentne. Z jednej strony film nieźle napisany, ze świetnymi zdjęciami i dobrą grą aktorską. Z drugiej zaś czegoś w nim było brak, niekiedy odczuwałem znużenie powolnie toczącą się (i trochę przewidywalną) akcją. Także same znaczenie filmu było słabo eksponowane, niekiedy czułem brak kilku słów, niekiedy nadmiar. Podejrzewam, że czytając książkę, na podstawie której napisano scenariusz, nie odczuwa się tych wad. I jest to pewnie dzieło, które nieco traci przy przeniesieniu na ekran. A w tym wypadku znaczy to, że powinienem dopisać tę powieść do listy książek do przeczytania.
- Persepolis — Film, który powinienem już obejrzeć kilka miesięcy temu, gdy plakaty do niego były ozdobą przystanków. Czego nie zrobiłem z braku chęci wtedy, nadrobiłem tutaj. Persepolis to film prosty, nie ukrywający w milczeniu drugiego dna. Dostajemy za to półtorej godziny słodko-gorzkich wrażeń, rozrywki przeplatanej z zadumą. Wielki plus należy się scenarzystom za doprowadzanie ludzi do spazmów śmiechu, nie tworząc przy okazji głupawego kina. Pewnie wypacza to nieco obraz filmu mojej głowie, ale cóż tam – sądzić mnie nikt za oceny filmowe nie będzie.
- Głęboka czerwień — Przykład na to jak dobre filmy się bronią... nawet jeżeli stają się niesamowicie groteskowe z wiekiem. To co kiedyś mogło być thrillerem, dziś jest czarną komedią z elementami sensacji. U Dario Argento (którego wierni fani bronią filmu jako dobrego przykładu kina sensacyjnego) postacie są przerysowane, zabawne, niezbyt lotne umysłowo. "Głęboką czerwień", przyprawioną jeszcze prostym humorem sytuacyjnym, ogląda się jednak wyjątkowo dobrze — to chyba właśnie najbardziej świadczy o tym, że film jest wart zobaczenia.
- Häxan — Niemy film z muzyką na żywo w wykonaniu Geoffa Smitha. Jako, że jedynym niemym filmem jaki widziałem (będąc już w miarę świadomym widzem) był Nosferatu, nie spodziewałem się porywającej rozrywki po stu minutach oglądania obrazu przerywanego planszami z tekstem. Nawet jeżeli jakiś dziwak będzie mi grał pod nosem na cymbałach. Szczególnie, że tematyka filmu miała być bardzo podobna. Na szczęście zawiodłem się pozytywnie. Przede wszystkim sam obraz był ciekawy — przeczący intuicyjnemu przeczuciu, że zamierzchłe czasy kinematografii nie obfitowały w filmy o ciekawej treści. Drugi plus stanowiła muzyka. Geoff Smith tak dobrze wkomponował swoją grę w film, że wielokrotnie podczas seansu zapominałem iż dźwięk w cale nie pochodzi z taśmy. Całość zdecydowanie skłania do wybrania się ponownie na film niemy w ramach Ery Nowe Horyzonty 2009.
- Bracia Karamazow — Czeski film opowiadający o gościnnym pokazie sztuki Dostojewskiego w Nowej Hucie. Fragmenty inscenizacji przeplatają się z historiami ludzi pojawiających się dookoła, w genialny sposób wiążąc losy bohaterów spektaklu, aktorów i (nielicznych) widzów. Dla mnie to najlepszy film widziany w tym roku. Nie będę więcej pisał, bo każdy, nawet nie przepadający za czeskim kinem, powinien to obejrzeć.